„Trzy czwarte piętnastu sekund między kotarą a drzwiami”
Dyspensa na bezmiarowy ruch w sąsiednim pokoju kończy świt. Z przetartych szlaków przygotowanych do zacofania pozostaje jedynie konwulsyjny syk, a w żyłach, jak w tunelach metra lądują biało-czerwone dwumasztowce bardziej sterylne niż koszerna napierdolka podłączona pod kroplówkę z perłową oranżadą. Tu i teraz moja przestrzeń zostaje określona jeszcze przed podaniem położenia.
Wskaźnik szeptu obniża kręgi szyjne do tonacji skomlenia, nie pozostawiam więc po sobie śladu w cudzym śniadaniu ani w oczekiwaniu na pierwsze słowa gdy zaczyna schodzić opuchlizna z ust. Tą apokalipsę przyjmuje jak zmarszczki na czole, jak babie lato roztrzaskane o pięść lokalnego mordercy.
Jutro odkrywając, tkwiącą w twoich połamanych piegach przyczynę kosmosu, ktoś urodzi Judasza przekwalifikowanego na przedstawiciela handlowego malinową emzetą przecinającego krakowskie getto jak własną pępowinę
27 lipca 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz