
22 sierpnia 2007
09 sierpnia 2007
Z dziennika Johna Briget [ XIV ]
kiedy socjobiologiczny defekt podskórnie zlizuje
pocałunki z rzęs unerwiony na obrzeżach błękit
nieba kadruje wszystkie twoje blizny z
pogryzionych łydek starannie balsamowanych
ręką którą wczoraj żegnałaś małych powstańców
odkształcając przy tym z podartych pasów jezdni strach
że zanim napiszę byś zasnęła bardziej niż w pobliżu
uciekniesz jak z wypalanej trawy zrywając ścięgna
nabrzmiałe od mchu
boskość odmierza się w jednostkach
ból źrenic jak miasto nie wydaje się na miejscu
więc wysiadamy dalej uprowadzając się nawzajem
w zapachu smażonych ziemniaków wydanych nie
w tym okienku co trzeba z uśmiechem na twarzy
jak z domu dziecka odciśniętym niczym linie
papilarne na bilecie którego nie chce przyjąć z powrotem
z nadzieję że wrócisz po raz kolejny przed opóźnionym
odjazdem
na myśl o przeszłości tli się we mnie burksizm mniej
więcej taki sam pozostaje żal po oddechu bo przecież
wyświechtany kwiat wciąż będzie się prasować w tej
książce bo przecież będę wykluczony a gorzki transatlantyk
szybko wyznaczy swoje granice więc nie poddając wątpliwościom
wciskasz się w nozdrza po trzykroć na wypadek gdyby można
było podnieść jeszcze rękę nie będąc proszonym o odpowiedź
choć tam gdzie kwitną poziomki jesteś sadem uproszonym o ciszę
31 lipca 2007
Z dziennika Johna Briget [ XIII ]
na wspak pospolita naturalizacja od
nasyceń przed siebie wracam jak najdalej
po wąskim korytarzu w szponach odciśniętych
stóp
w tłumie
z poezją Morrisona kupioną za dwanaście
siedemdziesiąt gdzie ( Karabin snajpera
jest przedłużeniem jego oka
zabija swoim śmiertelnym spojrzeniem)
zaszczuty pokornie wstyd na dobranoc
że nie zawołam cię po imieniu
Z dziennika Johna Briget [ XII ] {chłopakom z podwórka 44}
Wychodzą z fabryki
rozstrzelani żołnierze
martwi
martwi
korowód wczorajszego
istnienia
Jestem człowiekiem
pajacem
gnojem
twardzielem
To nasz ostatni taniec mała
szykuj się jutro koniec świata
Wychodzi z przedszkola
potomstwo żołnierzy
bez broni
bezbronni
martwi
Nie chcę umierać
nie chcę zmartwychwstawać
nie potrafię
jestem człowiekiem
czego ode mnie żądacie
Prowadzą z fabryki
rozstrzelanych żołnierzy
martwych
martwych
do obozów
kopalni
do pracy
na front
do ich własnych
domów
na rzeź
Fot. qbk.pl/blog.fotki/290.Powstanie.Warszawskie.jpg
30 lipca 2007
Z dziennika Johna Briget [ XI ]
z karabinem przewieszonym
przez głowę
tej ostatniej wiosny
Z dziennika Johna Briget [ X ]
z Fast Foodów czekają na wiersze.
To wszystko, to tylko pretekst, że ładna, przesiąknięta groszkiem,
kukurydzą, spocona majonezem, keczupem przekrwionym za jedyne
trzy pięćdziesiąt z uśmiechem za wiersz gratis.
Idzior bilbordowo zawieszony w swych satyrach, na wskroś od
popołudniowej duchoty i mokrego kołnierzyka koszuli wciska się w
poetycki fotomontaż pełnej butelki piwa Romana Senskiego.
Zatopione zęby Borosa i Landeckiego w kotletowych knyszach, jak
zza krat odbijają się na twarzach bezrobotnych , którzy obok nas
starają się dorównać cieniom spod minionych dni.
Wyliczam palcem zwrot kosztów podróży. Godzina trzynasta
dwadzieścia siedem. Wrocław nigdy nie poruszył mnie aż tak swoimi
gołębiami.

Z dziennika Johna Briget [ IX ]
W dniu moich urodzin
miałaś na sobie ten sam
sweter co pamiętnego
Jedenastego września
coś we mnie
uderzyło
Z dziennika Johna Briget [ VIII ]
który pomimo niescalonej świadomości potrafi obnażyć się
tylko i wyłącznie przed teraźniejszością W takich chwilach
kiedy wyczuwa się to wszystko nie mam ochoty trzymać za
rękę nikogo a efekt spuchniętych od nieużycia myśli jest
w tym wypadku najlepszym rozwiązaniem Tonę w podłożach
skamieniałości uczuć lub ich wylewności spod paznokci jak
matczynej piersi wycieka mi mleko za które nie zdążyłem
zapłacić przy okienku dworcowej kasy Niby roszczenia do
tego że będzie lepiej mijają kiedy napis na murze obok
Night Clubu mówi że „ I tak Jezus wróci w glanach” Mija
to jak czas i jak mnie mijają górnicy aptekarze nauczyciele
własne ja i jego cień Zanurzam się w stopklatkach jutrzejszej
wyobraźni Za czterysta osiemdziesiąt tysięcy sekund miasto
przywdzieje letnią sukienkę a ulicę pochłonie woń damskich
perfum

Z dziennika Johna Briget [ VII ]
Erotyk I (wersja beta)
choć ręce mam jeszcze
sprawne
Fot. Marysia Twardo.
Z dziennika Johna Briget [ VI ]
Nieskoordynowana przestrzeń ociera się o popękane od deszczy ściany kamienic
Podbijam widnokrąg tępym nożem a próbna ewakuacja przed czasem obślinia
dworce w których ponoć licytowano tych co mieli już nie wrócić Za oknem
bloki stają się hurtownią arek Noego Publiczne szalety pękają w szwach Drzewa
jak niewinni nabierają praw do rozgrzeszania Zaczyna mnie przerażać ujędrniający
się smak myśli cudzych kobiet Ciągle pada i nie zanosi się na lepsze Brud spod
paznokci chowa się głębiej by nie rozpuścić się na dobre a cały świat ma posmak
grzybów halucynogennych w rozkładzie na light cole i paczkę tanich papierosów
Nienawidzę niedziel w tym mieście Półnaga bezosobowość jutra rozkłada przed
drzwiami swoje martwe uda Napisałem kiedyś wiersz o tym że nie chce
umierać ani zmartwychwstawać bo nie potrafię
Teraz się tego boję
Fot. Marysia Twardo
28 lipca 2007
Z dziennika Johna Briget [ V ]
z tych wszystkich kłamstw wyprutych jak próżnia pod powiekami
których nie można cofnąć zapluwając się na śmierć najbardziej
uwypukla się moja spleśniała tożsamość pomalowanego ptaka
skundlonego do nieprzytomności kiedy mówiąc o pierdoleniu
jak o miłości pozwalasz przypiąć się mu do twych stóp tą samą metodą
co zielony pokój w dolinie rospudy więc przychodzę do ciebie teraz
bardziej niż mogłoby się to wydawać wyśmiewając po drodze te wszystkie
moje szwedki zupełnie tak samo jak mdlejący dla dowcipu bezdomny
w pracowni neugebaurea z tym samym przerażeniem w oczach kiedy głupi
tracz wykrzykiwał w moją stronę jude rause ocal mnie przed kałmuckim
widziadłem choćby tą parasolką którą zostawiłaś w parku i inne
niż to które widział doberman usiłujący zagryźć mnie na krzyżu
zrób ze mnie niebo

fot. Marysia Twardo
27 lipca 2007
Z dziennika Johna Briget [ IV ]
Stacja XIII. Oskalpowany szaman z oddziału onkologii pisze list do M.
czołga się w moich oczach plantacja formaliny skrystalizowana jak popołudnie o strukturze wymiotów silniejszych niż twoje wyrzuty sumienia które wysiedlono gdzieś z cudzego ciała wprost na pożółkły beton
lubię tą dokładność kiedy przepraszam za oczekiwanie na sztucznie wywołaną konwulsję z kilkudniowym poślizgiem przesunięte tam gdzie nie trzeba zmarszczki i ślinę zakreślającą każdy szczegół na ogół bezpodstawnie twierdząc że w tamte miejsce też trzeba dotrzeć
moja endokremacja wygląda mnie jak lipiec nie do odparcia zeschnięty więc dopuszczam się do ciebie kiedy oddychają we mnie ludzie z zaułków i gdy piętrzy się strach że zadzwonią do drzwi nie wykorzystane odłamki snów
staję się nie do przebaczenia kiedy położona nieprzytulnie przestrzeń między kręgosłupem a dymem z papierosa zastyga skurwiała prekluzja spogląda mi na dłonie a żadne miasto uciekające od codzienności nie chce mnie urodzić.
powoli przestaje być ważne w jaki sposób podnosi się głos czas lokalny przykrywa mnie twoimi włosami jak prześcieradłem zbyt szybko cichnie we mnie szelest łona świata
Z dziennika Johna Briget [III]
Dyspensa na bezmiarowy ruch w sąsiednim pokoju kończy świt. Z przetartych szlaków przygotowanych do zacofania pozostaje jedynie konwulsyjny syk, a w żyłach, jak w tunelach metra lądują biało-czerwone dwumasztowce bardziej sterylne niż koszerna napierdolka podłączona pod kroplówkę z perłową oranżadą. Tu i teraz moja przestrzeń zostaje określona jeszcze przed podaniem położenia.
Wskaźnik szeptu obniża kręgi szyjne do tonacji skomlenia, nie pozostawiam więc po sobie śladu w cudzym śniadaniu ani w oczekiwaniu na pierwsze słowa gdy zaczyna schodzić opuchlizna z ust. Tą apokalipsę przyjmuje jak zmarszczki na czole, jak babie lato roztrzaskane o pięść lokalnego mordercy.
Jutro odkrywając, tkwiącą w twoich połamanych piegach przyczynę kosmosu, ktoś urodzi Judasza przekwalifikowanego na przedstawiciela handlowego malinową emzetą przecinającego krakowskie getto jak własną pępowinę
27 grudnia 2006
Z dziennika Johna Briget [II]
/poniedziałek/
mleko mojej matki starannie przechowuje
w kokonach z mandarynek na wypadek jakby
do naszego domu znów weszło wojsko obwieszczając
że od tej chwili jakiekolwiek decyzje zapadające na zewnątrz
zapadać będą przez przypadek
/środa/
kiedy piszesz w listach z anglii że tam też dostajesz po dupie
tylko za lepsze pieniądze łudzę się ciągle tym że pewnie pracujesz
w tesco jednak w gruncie rzeczy każdy inny postawiony
na moim miejscu z części ustnych dokonuje twojej niewierności
tak najzupełniej
/piątek/
między tu a tam różnic jest niewiele z tym że kamienie które
wpychają nam w usta smakują zupełnie inaczej przynajmniej
tak twierdzą ci których zewidencjonowano w rubrykach pod hasłem
do podpałki dziewczyny z biesłanu przychodzą do mnie jeszcze
czasem aby postawić im kolejkę krwawej mery to naprawdę
dziwne uczucie kiedy wypijamy za ich zdrowie
/niedziela/
moja krew odhacza z drzew świadomość nieudacznika a niewidomi
łzawią ze śmiercią na twarzy która akceptuje życie z otwartymi oczami
czasem tylko modlę się o to abyś zdążyła odpisać zanim uśpią mnie
11 grudnia 2006
05 grudnia 2006
Z dziennika Johna Briget [I]
jak i ja nie brał udziału w Powstaniu Warszawskim
mam w twoich ustach jeden giga niedowierzeń na wynos
obtoczonych solą jak palce świętego tomasza którego
krwioobieg nasącza poranną kawę resztkami hemoglobiny
wychylając się przez niepewny balkon awaryjnie dosypuje
do filiżanki więcej cukru
świat wycięty jak adnotacje do rozstrzelanych chłopców
których nigdy nie trzymałeś za rękę wygląda dziś przez
poręcze jak z bocznej nawy a ja sam ocieram się o skondensowany
zapach pantofli ojca zasypanego pod śniegiem działki i matki
w sąsiednim pokoju
od wczoraj kiedy przestałem wierzyć pomidorową jak transfuzje
krwi jem w milczeniu na wszelki wypadek nie wychodzę już
z domu nie pozostawiam śladu po oddechu i choć w końcówkach
pierwszych stron prasy twoja neurotyczność wiotczeje bez zbawienia
w dalszym ciągu łapię się na tym że
jestem polakiem tak samo pospolitym jak barwa unormowanego
kału nie rozpoznawalnego do momentu pierwszych objawów
choroby pospolitej jeszcze bardziej
na nas nie ma leku
[jakub jóźwicki]





